Sześcioletni ojciec

Dziś nasz syn ma szóste urodziny. Sześć lat temu Albina urodziła Mikołaja. Kiedy patrzę na tą datę, wydaje mi się, że sześć lat to przecież nieduży kawałek czasu. Jednak kiedy zaczynam przypominać sobie, co się w tym czasie wydarzało, zrywa się wicher i zamaszyście przerzuca strony Księgi Życia. Przed oczami przelatuje mi mnóstwo scen, scenek, epizodzików, odcinków specjalnych, cytatów już kultowych, kaskaderskich wyczynów rowerkowych, drabinkowych, zjeżdżalniowych, kartkują się stenogramy z sądowych rozpraw, partytury włoskich oper, historie oparte na motywie zemsty, sceny tłumienia buntów, całych powstań nawet, obrona przed nieustającym najazdem armii plastikowych obrandowanych stworków.

sześcioletni ojciec ilustracja okulary a w nich dzieci
Ilustracja Albiny Horbaczewskiej

Raz po raz przypomina się dreszcz przerwanego snu, biegu do łóżeczka, sprawdzania temperatury, pieluszki, ząbków, skóry, w szybkiej jeździe kamery uchylają się drzwi do kolejnych gabinetów lekarskich, sypie się confetti naklejek „Dzielnego pacjenta”, klaszczące rączki oznajmiają powrót do zdrowia i znów posępna cisza przed siódmą rano w kolejce do rejestracji przychodni „Dzieci chore”. I tak dalej, i na różną nutę, co chcecie, trailery, thrillery, spoilery, spin-offy, blockbustery, stan-upy, kino drogi, psychologiczne majstersztyki, biblijny patos, fekalia, nostalgia, komedia pomyłek.
Tak, bycie rodzicem to przebywanie pod nieustanym ostrzałem ładunkami emocjonalnymi…

O czym to ja właściwie? Szóste urodziny Mikołaja to nasze rodzinne radosne święto. Po cichu na jego marginesie obchodzę sobie zupełnie niezobowiązująco własną rocznicę – przecież oto sześć lat odkąd jestem tatą. I właśnie zdałem sobie sprawę, jakie spore i nieodwracalne zmiany zaszły w mojej psychofizycznej konstrukcji:
mój wzrok – umiem dostrzec małą czapkę swojego dziecka z odległości kilometra,
słuch – przez sen odbieram najlżejsze westchnienie oddzielone trzema grubymi ścianami.
kondycja fizyczna – bez szmeru skargi, z sumiennością na jaką nie było mnie nigdy stać za bezdzietnych czasów, codzienne podnoszę dziesięć Paulinkowych kochanych kilogramków i dopiekam Mikołajkiem,
wykształcenie – zdecydowanie poszerzyła się i utrwaliła moja wiedza z dziedziny historii, geografii, fizyki, astronomii, oceanologii, geologii, speleologii, et cetera. Jestem też biegły w podstawach prawa cywilnego i karnego, w zagadnieniach ontologii, filozofii ogólnej, religioznawstwie, metafizyce, gnozie, medytuję nad koanami.

Życie duchowe też weszło na wyższy poziom, potrafię opanować się w try-miga – i to bez żadnych ćwiczeń oddechowych. Zdecydowanie wzmocniło to moje funkcjonowanie w strukturach społecznych, na przykład:
– za kółkiem, gdy zmuszony jestem przebywać w towarzystwie miłośników dynamicznej jazdy,
– w urzędach, które ocieplam swym pobłażliwym uśmiechem na widok ich biurokratycznego zamieszania (myślicie, że macie tu bajzel? a widzieliście pokój mojego syna po wizycie kumpli z Bandy Piratów?)
– i nawet na Poczcie Polskiej.

Okazało się też, że rozumiem bardzo niszowe języki. Należą one do szerokiej grupy języków niemowlofijskich. Sam nauczyłem się dwóch – mikołajkowego i paulinkowego. Potrafiłem wyłapać słowa i całe zdania z potoku gugu i gaga, który kiedyś byłby dla mnie nic nie znaczącym bełkocikiem. Niemowlaki mówią bardzo czytelnie – głoską, sylabą, intonacją, gestem.
Co ciekawe znajomość niemowlęcego gaworzenia ostatnio przydała mi się niespodziewanie podczas rozmów na pewnym balu karnawałowym – rozumiałem wypowiedzi nawet najtęższych birbantów.

Niestety, jako rodzic niesłychanie uwrażliwiłem się też na doniesienia z kraju i ze świata. Zawsze sądziłem, że Babilon jest zły i tyle, bawił mnie widok ludzi kłócących się na tematy polityczne. Ale teraz okazało się, ża ja mam dzieci – i moment, moment – prosiłbym o spokój! Co to ma być, te ujadania, wywlekania, prężenie wyrzutni, rzucanie kalumnii, przemieszczanie kolumn? Proszę się ogarnąć – tu są dzieci!

Tak, to nie jest idealny świat. Ale kiedy moje obawy osiągają stan fali która zatopiła S.S. Posejdon, wracam myślą do tego niedzielnego styczniowego poranka sprzed sześciu laty. Albina i właśnie urodzony przez nią Mikołajek zostali przewiezieni na salę. Nie było już nic do dodania w tym temacie. Oddałem do szatni ochronne ubranie, założyłem kurtkę. Drzwi szpitala na Karowej rozsunęły się przede mną i wyszedłem na zewnątrz. Jestem ojcem – pomyślałem. Zawsze będę pamiętać, jak w tamtej chwili nasz świat wydał mi się cichy, spokojny, biały od śniegu. Nieskazitelny.

Opowieść o dwóch kropkach

Dwie krople herbaty spadły na papier.

kropki1

O, dobry pretekst, by pokazać synkowi, jak używać wyobraźni.
–  Mikołaj! – wołam go. – Zobacz, wiesz co to?
– No dwie kropki, tatuś.
– Ha! – mówię. – A taka kropka może się stać różnymi rzeczami. Trzeba używać wyobraźni. Bo czym może być taka kropka? Spójrz, pokażę ci coś, czego się nie spodziewasz – i szkicuję piłkarza.

kropki2

Duma mnie rozpiera, gdy widzę, jak Mikołajowi otwierają się szeroko oczy na widok powstałego z niczego rysunku.
– Oto, jak działa wyobraźnia! – ogłaszam.
– Tatuś, czy mogę? – Mikołaj pyta mnie cicho i pokazuje nieśmiało na kartkę. Kulka wodna, mam nadzieję, że go nie onieśmieliłem tym pokazem mojej kreatywności. Najważniejsze, żeby nie zagłuszyć dziecka, nie zniszczyć jego własnych prób. Dlatego oddaję mu kartkę, na której została druga herbaciana kropka.
– Możesz, możesz, śmiało!
Mikołaj zabiera kartkę na swoją stronę stołu i coś rysuje uważnie, w milczeniu, bardzo przejęty. Nie przeszkadzam, czekam cierpliwie, pewnie zaraz zobaczę jakieś słoneczko z promieniami albo też piłkarza, bo dziecko często naśladuje rodzica, który jest jego wzorem, ale i tak go przecież pochwalę, na dobry początek zabaw z wyobraźnią. Wbrew przewidywaniom, gdy Mikołaj oddaje mi kartkę, widzę to:

kropki3

– Co, co to jest???
– Przecież tak transportowano miód w starożytnym Egipcie – Mikołaj wzrusza ramionami, dziwiąc się, że się jeszcze o takie wiadome rzeczy pytam.

Wehikuł

wehi

Może bycie rodzicem pozbawiło mnie czasu na czytanie twardej S-F, ale w zamian bywa tak, że zaglądam synkowi przez ramię i widzę to.

– Mikołaj, hehe, twój pojazd ma dwie kierownice.

– No tak.

– Ale jak to, a jak jeden kierowca będzie chciał jechać w jedną stronę a drugi w drugą?

– Tatuś, to jest wehikuł czasu.

– Ale dalej nie rozumiem, to jeden przeniesie się tym wehikułem do jednego czasu, a drugi do innej epoki?

– No tak, przecież ci mówiłem, że to wehikuł czasu!

#timemachine #pkdick #lem

A photo posted by Tatatnik (@tatatnik) on

Dobro społeczne

Mijamy plakacik, który informuje, że odbędzie się zebranie mieszkańców. Temat spotkania: jaki projekt zrealizować na pobliskim skwerku. Zebranie dnia tego a tego o godzinie tej a tej. Przyjdź i podziel się swoimi pomysłami. Postanawiam, że wykorzystam tą ulotkę, by obudzić w synku naturę społecznika.

– Mikołaj – pytam. – A gdybyś poszedł na to spotkanie i mimo że jesteś jeszcze dzieckiem, by cię wysłuchano, to jaki byś miał pomysł? Co zrobić na skwerku? Tylko wiesz, to musi być pomysł dobry, dopracowany tak, by służył wszystkim ludziom, by podobał się wszystkim, a nie tylko tobie.

– To proste, tatuś.

– Taak?

– Na skwerku zbudowałbym Koloseum. A w nim by były walki gladiatorów. To wszyscy lubią!

Najgorsze przezwisko

Po obiedzie milczymy sobie, aż Mikołaj odzywa się cicho.

– Dzieci w przedszkolu bardzo brzydko mnie przezywają.

Zamieram. A więc padło to zdanie, którego nigdy nie chciałem usłyszeć, a więc dzieje się to coś, o czym łudziłem się, że mojego synka ominie. W sekundzie na nieskazitelnie gładkim lakierze mej duszy zgrzyta gruba, wredna rysa. Spoglądam na syna. Stoi na środku pokoju, przebrany dla zabawy w zbroję rzymskiego legionisty. Ale teraz nie ma zabawy. Twarz chowa za tarczą, wzrok ucieka wstydliwie, opuszczony mieczyk obija się przy nodze.

– Kto cię przezywa? – pytam poważnie.
– Nieważne…

Kolejna rysa drapie lakier.

– Jak cię przezywają?

To moje pytanie jak niewidzialna siła odpycha go o krok ode mnie.

– Strasznie brzydko… – wyszeptuje.

Czuję, że Mikołaj zamyka się przede mną. Za chwilę nie będzie chciał nic powiedzieć.

– Przezywają cię… – wypowiadam powoli słowa – Coś… yyy… o kupie? Hmmm… siuśkach?

– Gorzej… – szepcze moje dziecko.

Czuję, jak sztywnieje mi kark. Co się tam wydarzyło, co mu zrobili?! Wysilam się na najwyższą delikatność, do jakiej jestem zdolny, choć wyobraźnia łomocze mi na najwyższych obrotach tak, że na wariografie mógłbym z zupełną pewnością potwierdzić, że nazywam się Stephen King albo Alfred Hitchcock. Dzieci nie są niczemu winne, ale są bezbronne i tak łatwo może nimi manipulować Władca Much…

Chłopiec w zbroi rzymskiego legionisty ma ogon i wąsy kotka.
ilustracja: Albina Horbaczewska
Studio DOBRAPARA

– Któ… którzy koledzy cię przezywają?
– To nie koledzy… – mamrocze w zbroję.
– Koleżanki???

„Tak”, milcząco pochyla główkę.

– Ale jak koleżanki cię przezywają? Coś o brudzie? O głupocie?
– Gorzej jeszcze – mówi z bólem Mikołaj. – Brzydziej.
– Synku – przytulam go. – Co się tam dzieje?

I wtedy mój legionista zrzuca z siebie najgorszy ciężar:

– Krysia nazywa mnie „małym kotkiem”…

Gadu gadu to nie pitu pitu

Mamy z Mikołajem taki zwyczaj, że na spacerze wszystko sobie nazywamy. Idziemy i wypowiadamy na głos nazwy widzianych wokoło przedmiotów, zdarzeń, miejsc. Być może sprawia to ów słynny „gen Adama”, który odpowiada za odruch nadawania imion stworzeniu (nie guglujcie, bo nie znajdziecie, gdyż gen ten nie został jeszcze odkryty). Jednak o wiele bliższym prawdy jest, że to gen po moim dziadku Antonim „Tośku” Spule, który lubił sobie po prostu pogadać.
Bo jak wspaniale jest mówić! Wypowiadać kolejne rzeczowniki, czasowniki, przysłówki czy przyimki, wyplatać z nich wyrażenia, idiomy, kwestie, frazy. Jest tak wiele słów, ich odmian, a w naszym polskim języku to już urodzaj, że zupełnie nie szkoda gadać!
Oczywiście nie zawsze ma się zacny i godziwy do wypowiedzi temat. Co wtedy? Nie chcemy przecież iść obok siebie i milczeć, w oczekiwaniu na jakieś filozoficzne olśnienie, dajmonionowy podszept. Czy zatem stosować się do kultowego przysłowia wykrochmalonych guwernantek „Nie odzywaj się, jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia”? Nie możemy! Nie umiemy! Chwytamy więc, co mamy, opowiadamy sobie, co jest wkoło nas. Że ulica, że chodnik, że w „Kubku w kubku” kawa, a w „Tbilisi” chłodnik. Co się przemienia a co nie zmienia, co się porusza, a co tkwi. Wyliczamy motywy statyczne i motywy dynamiczne świata przedstawionego, w który zostaliśmy wpisani. „Tramwaj!” „Latarnia!” „Kapliczka!” „Plakat!” „Kupa psa! (feee)” „Samolot!” sypią się jak z rozprutego, opasłego słownika.

Tata i synek idą a wkoło nich słowa oznaczające miejski pejzaż.
ilustracja: Albina Horbaczewska
Studio DOBRAPARA

Ostatnio stanęliśmy przed zebrą na czerwonym.
– Czerwone, stoimy! – zawołaliśmy sobie unisono.
Przepłynęło kilka fal aut. A potem zobaczyliśmy zielonego ludzika.
– Zielone! Idziemy!
I wtedy usłyszeliśmy: – Dziękujemy!
Obok przechodziła pod rękę para, oboje w tym wieku, kiedy może już za niedługo, ale jeszcze nie w tej chwili, człowiek zaczyna się powoli starzeć.
– Proszę bardzo! – uśmiechnąłem się do nich.
Odpowiedzieli też uśmiechem, ale tym innym, skierowanym gdzieś przed siebie i co ciekawe, w tej samej chwili oboje mocniej ścisnęli swoje białe laski.
Tak, byli niewidomi i spacerowali sobie, podobnie jak my, tylko zapewne bardziej zwracali uwagę na dzwonienie tramwajów, na ciepło słońca na twarzy, na majowe ochłodzenie się powiewów. A nasza gadanina pomogła im przejść przez przejście dla pieszych, gdyż głośno oznajmiliśmy zapalenie się zielonego sygnału. Warto się odzywać.

Tatator, czyli historia pewnego zamachu stanu

Kto nie dorósł do demokracji, będzie miał dyktaturę! Co to za bajzel! Pokoik w ruinie! Ale ja ci urządzę tu dobrą zmianę! Zapanuje tu Ład i Porządek! Żadnych mi tutaj „ale tatuś”! No już, sprzątać mi tu. Zbieraj te klocki. Do pudełek. Książki na swoje miejsce, na swoj… Albo zostaw. Czerwone do czerwonych, czarne nie do czerwon… Nie! Dosyć! Idź stąd. Sam to posprzątam. Idź pić swoje mleczko i oglądać bajeczki. Idź, wyjdź, wychodź, no już!

Szczęk klamki zamykanych drzwi. Zostaję sam w pokoju. Ale mam wrażenie, że pokój mojego syna nie jest pusty, że wypełniają go moje wojska, jakieś machiny dyszą i tętnią, trzeszczą rozkazy w krótkofalówkach, choć to pewnie tylko moja krew pulsuje szybciej i szumi w uszach.

A przecież jeszcze przed chwilą siedziałem po turecku na dywaniku z Ikei i przysypiałem nad „Pędzącymi żółwiami”. Mam za sobą kilka nocek zleceń i ząbkowań Paulinki, a senność użyła sprawdzonego paralizatora marki „Hypnos”. W efekcie wyglądałem jak grający w karty ranny obrońca Poczty Gdańskiej w ekranizacji „Blaszanego Bębenka”. Mój synek widać zniechęcił się ciągłym cuceniem mnie nad planszą, wkładaniem mi w dłoń wypuszczanych kart i przypominaniem, że teraz moja kolej ruchu żółwikami. Miki znalazł dla siebie atrakcyjniejszą zabawę. Otóż zaczął tańczyć wokół mnie taniec wojenny Achajów. Taniec ten polega na okrążaniu pochrapującego ofiarnego kozła i doskakiwaniu do niego raz po raz, by wywrzeszczeć mu w ucho okrzyk mający wzbudzić litość i trwogę. Ale we mnie te wrzaski wzbudziły tylko Pinocheta.

tata w stroju dyktatora przemawia, a za nim jego synek pokazuje mu palcami "rogi"
ilustracja: Albina Horbaczewska
Studio DOBRAPARA

Zerwałem się na równe nogi z dywaniku z Ikei, zacząłem grzmieć. Zmęczenie pierzchło. Pełna mobilizacja. Koniec pokoju w pokoiku Mikołaja! Wprowadzam stan wojenny, przejmuję pełnię władzy! Od kilku dni narastało tu jakieś niedbalstwo, Mikołaj nie był pilnowany, ale przecież nie na tym to polega, żeby mu o wszystkim przypominać, ma sam myśleć. Ja mu pokażę, jak się robi porządek, a jak on nie potrafi, to niech wygnaniu rozmyśla nad swoim bałaganiarstwem!

Może jestem szaleńcem, ale w tym szaleństwie jest metoda – dokładniej metoda porządkowania klocków Lego według kolorów i rozmiarów. Podczas segregacji rozdrażnienie ustępuje we mnie miejsca wizji nowego, wspaniałego świata. Oto ojciec nakręca swego syna jak szwajcarski zegarek i razem kroczą ku przyszłości przez świat funkcjonujący zgodnie z instrukcjami. I wtedy spod sterty rozsypanych klocków moim oczom ukazuje się jakiś niespodziewany kształt. Pociągam za wystającą antenkę i wydobywam całkiem ciekawy, autorski model pojazdu, jakiego nie znajdziecie w żadnej instrukcji dostarczonej przez producenta. Trzy pary kółek, dwa foteliki, jakieś boczne moduły. To pięciolatek potrafi takie rzeczy? Przegrzebuję stertę klocków. Znajduję następne pojazdy. Nie są specjalnie rozbudowane, ale części do ich stworzenia zostały wykorzystane w zaskakujący sposób, ujawniły nowe możliwości, jakich nie nie przewidział w swych katalogach koncern Lego. Po chwili przyglądam się około dziesięciu rozmaitym pojazdom, które wygrzebałem spośród bezładu klocków i ustawiłem równo na parapecie. A więc to on robi, kiedy siedzi w swoim pokoju i nie sprząta, o tym myśli, kiedy trzeba mu po sto razy powtarzać jedno polecenie.

Zakryłem usta dłonią, coś ścisnęło mnie w gardle. Boże, a ja tak go potraktowałem, jak dureń zniszczyłem cały ten utkany z cichszych i głośniejszych inspiracji układ rzeczy w pokoiku, który jest przecież jego stanem, landem, powiatem czy jak to tam zwać, a w którym my, rodzice, poruszać się powinniśmy na zasadach obustronnego poszanowania praw. A mi do łba strzelił ten dyktator. Krzyczałem do synka jak ten trep z „Hair”, który każe wskakiwać Bergerowi na pakę ciężarówki, mającej go zawieść wprost na samolot desantowy do Wietnamu. I mój synek tak samo jak ten sympatyczny nowojorski hipis chciał coś wytłumaczyć, wyciągał rękę, a ja przerywałem mu w pół słowa. Nie rozumiesz, żołnierzu?!! The rest is silence…

Wychodzę z jego pokoju. Chcę pogratulować mu jego pojaździków, ale śpi już w piżamce na sofie. Widocznie więcej czasu niż myślałem zeszło mi na rządzeniu się w jego rzeczach. Jest mi tak strasznie przykro. Biorę go na ręce i niosąc mojego synka do łóżka obiecuję sobie, że już nigdy nie wyrosną mi pagony ani czapka generalissimusa, nie zrobię z siebie jakiegoś pogiętego dyktatora, czy raczej tatatora. Co za syf nosi człowiek w sobie, że oprócz wielu wspaniałych cech potrafimy tak bezwzględnie narzucić komuś swoją władzę albo rozumieć tyranię u innych? Że tak łatwo można zniszczyć sobie relacje z własnym dzieckiem? Przykrywam go kołderką, przy główce układam ulubionego pluszowego pieska Łałę. Gaszę lampkę.

Gdy wracam do dużego pokoju, spotyka mnie pytające spojrzenie Albiny. Pewnie chce mnie zapytać, co mi odbiło, że wygoniłem dziecko z pokoju i szalałem. Siadam ciężko obok niej i zwierzam się w kilku słowach, że jest mi głupio.
– A Mikołaj był cały czas w dobrym nastroju – odpowiada lekkim głosem Albina.
– Jak to?! – zdziwiony prostuję się na sofie.
– Powiedział, że fajnie się bawiliście w krzyczenie ci do ucha, a potem ty wpadłeś na pomysł, że posprzątasz w jego pokoju i że ma wyjść, bo chcesz sobie sprzątać sam. Wypił więc mleko, wykąpał się, obejrzał „Żwirka i Muchomorka” i zasnął. Podobno obiecałeś mu, że teraz będziesz zawsze sprzątać jego rzeczy?

O czym nie śniło się w Fabryce Snów

Lebi była akurat w Nowym Yorku, więc pomyślałem, że może kupiłaby Mikusiowi prawdziwego, nowojorskiego Spider-Mana. I tak bohater popkultury przeleciał nad Atlantykiem i wprost z 5 Alei wylądował na Mokotowie, dokładnie na szafce w pokoju Mikiego.
I wtedy stało się coś dziwnego. Pobyt u Mikołaja podziałał na Spidiego specyficznie. Człowiek – Pająk szybko zasymilował się z Krecikiem, Patem i Matem, chociaż ikoniczni Czesi sięgają ikonicznemu Amerykańcowi ledwo ponad grubość podeszew jego butów. Odechciało mu się walczyć z Goblinem, Octopusem czy Człowiekiem-Piaskiem. Tworzone w koncernach kultury masowej scenariusze, w których Spider-Man kładzie pokotem tabuny niegodziwców, utraciły swą moc. Mikołaj zlekceważył całą potęgę marketingu Disneya, kolosalne budżety, ekranizacje, sukcesy box-office’ów. Przez chwilę zrobiło mi się żal właścicieli Disneya, ale szybko pomyślałem, że przecież na biednego nie trafiło.
Dla porządku zaznajomiłem jeszcze Mikołaja z jednym komiksem o przygodach Spidera. Synek uprzejmie poczekał, aż tata skończy pokazywać te nudne obrazki, w których ludzie o opuchniętych kończynach odbijają się od ścian jak piłeczki z kauczuku (tylko Nowy Jork w tle uśmiechał się do niego). Okazało się więc, że Spider-Man nie musi superbohaterzyć, piesek Łała i reszta ferajny lubią go takim, jakim jest.
Od tej pory zacząłem postrzegać pokój mojego syna jako strefę, w której wydarzają się nieprzewidywalne zaburzenia fabularnych schematów, aberrują narracje, wykwitają anomalie na ikonach popkultury.

Poddaj się
ilustracja: Albina Horbaczewska Studio DOBRAPARA

Ostatnio stanąłem w progu owej zony i ujrzałem scenę, jakiej w życiu byście nie znaleźli w dodatkach do kolekcjonerskiego wydania DVD o przygodach Pająka, ani w zakamarkach mózgu najbardziej pojechanego scenarzysty w Hollywood. Oto w rękach Mikołajka staczali pojedynek Spider-Man i jakiś sołdat z innej planety. I wszystko byłoby jak Stan Lee przykazał, gdyby nie fakt, że obydwaj przeciwnicy unosili ręce wysoko w górze w geście poddawania się.
– Przestań się poddawać! – wołał Spider zniżonym głosem Mikołajka, sztywno unosząc ręce.
– To ty przestań się poddawać, bo ja się poddaję! – odkrzykiwał sołdat (nieco zmienionym) głosem Mikołajka, także nieustępliwie trzymając ręce w górze.
– O nie! To ja się poddaję, a ty przestań!
– I co teraz?! Nie możemy walczyć, bo się poddaliśmy. Weź, wygraj ze mną! – sołdat używał perswazji.
– O nie, to ty wygrywaj ze mną. Ja się poddaję – odpowiadał nieugięty bohater z NY.
Na widok tych zmagań i we mnie wstąpił duch superbohatera i też się poddałem.

I kto to widział niewidzialnego człowieka

Ja zobaczyłem go pierwszy. Stał na rogu Sandomierskiej i Olszewskiej, przy koszu na śmieci. Wygrzewał się w przedpołudniowym, sobotnim słońcu. W oczy rzuciły mi się jego buty, nieco sfatygowane, ale jeszcze zdolne przejść wiele zakrętów losu. Reszta jego postaci już nie rzuciła mi się w oczy, bo po prostu w ogóle nie było jej widać. I tak bym to zostawił, przeszedł mimo, ale coś, jakaś silna, nienazwana intuicja, kazała mi wskazać go synkowi.
– Patrz, Mikołaj! – zawołałem. – To Niewidzialny człowiek!
– Gdzie?! – zapytał synek i zaczął się rozglądać we wszystkie strony.
– No tutaj! – że też dziecku wszystko trzeba pokazywać palcem.
– Nic nie widzę!
– Jak to? Przecież stoi przed nami.
– Ale kto?!
– Niewidzialny człowiek przecież. Spójrz, widać jego buty.
I wtedy Mikołaj też zobaczył niewidzialnego człowieka. Poweselał. Z oczu strzeliły mu iskry skrzesane przez ciekawość.

Niewidzialny
ilustracja: Albina Horbaczewska Studio DOBRAPARA

Niewidzialny człowiek nie zwracał na nas uwagi, wystawiał twarz ku słońcu.
– Chodź, nie gapmy się tak- powiedziałem. Poszliśmy dalej, mieliśmy wiele przygód, zapomnieliśmy o nim. Ale on nie zapomniał o nas.

Niewidzialny człowiek zaczął nam się tu i ówdzie czasem pokazywać (jeśli tak można powiedzieć o kimś, kto jest niewidzialny). Na przykład idziemy sobie, a to on siedzi na ławce, obok gazety, którą przed chwilą czytał. W parku Dreszera przechodzi przez stado gołębi (poderwały się chmurą). Przymierza ubrania które Miki porzucił na podłodze (ale były na niego za duże i bardzo je pomiął).

Okazało się, że Niewidzialny człowiek potrafi zaskoczyć. Przechadzamy się w Muzeum Wojska Polskiego między dostojnym żelastwem, a tu w zbroi renesansowej stoi on sobie jak na warcie, niby „Rycerz Nieistniejący” Itala Calvino. Syn wyrozumiale pozwolił mi zstąpić do salonu „Centrum Komiksu” w Alei Niepodległości, a tam na stronach „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów” Niewidzialny nakłada sobie gruby puder na twarz, zakłada kapelusz, na nos okulary – w końcu w komiksie chce się jakoś pokazać. Ujrzany na ilustracji w młodzieżowej wersji Larousse’a jest Zygfrydem, który właśnie ma założyć Czapkę Niewidkę i pokonać smoka. W oglądanej na stronie Ninateki animowanej bajce Piotra Pawła Lutczyna ”Czapka Niewidka” niewidzialnych ludzi jest już sporo.

Co prawda, Niewidzialny człowiek nie zrobił nigdy oszałamiającej kariery w filmowym showbiznesie. Słabo rokuje jeśli chodzi o gadżety, plecaki, piórniki czy sobotni spęd w Powsinie a la Minionki. Jajko niespodzianka z Niewidzialnym człowiekiem mogłoby sprawić sporo zawodu histeryzującym za pstrymi gadżecikami berbeciom. Ale Pan Niewidzialny nie bardzo się tym przejmuje.

Nawet gdy zaniosło nas daleko od ojczyzny, do krainy Feaków, Mikołaj dostrzegł go w witrynie hotelu Aeolos na greckim Korfu. Niewidzialny człowiek wylegiwał się w hamaku, przykryty wiotkim szalem, w słomkowym kapeluszu, w przeciwsłonecznych brylach. Witał nas swoim słynnym niewidzialnym uśmiechem.

Stąd moja pewność, że niewidzialni są wśród nas. To tylko nam, przebiegającym wzrokiem przez ekrany, bilboardy i innej maści wiżuale, trudno ich dostrzec. Co tu daleko szukać – nawet w przedszkolu Mikołaja jedno dziecko jest niewidzialnym przedszkolakiem – jego szafka jest wciąż pusta, zdjęcia nie ma. A ostatnio Nikola i Aniela pokłóciły się o swoich niewidzialnych mężów.

Jednak do opowiedzenia o niewidzialnym człowieku skłoniło mnie dopiero takie nasze tato-synkowe wydarzenie. Ostatnio w niedzielę, po wyjściu z kościoła św. Michała Archanioła, Mikołaj zatrzymał się na schodach świątyni.
– Tatuś, a dlaczego ten Bóg jest tak wysoko, w niebie?
– Widzisz, synku, Bóg nie jest tylko w górze. On jest wszędzie – wskazałem ręką świat dokoła – Jest tu, przy nas, i dalej też, w Bukownie, we Lwowie, wszędzie. Tylko, że go nie widać tak dosłownie.
– A już wiem! – wykrzyknął radośnie Mikołaj. – Bóg to jest Niewidzialny człowiek!
Patrzyłem chwilę synkowi w oczy, przeczesałem mu czuprynę, uśmiechnąłem się. Błogosławieni, którzy nie widzieli.