Sen jest naprawdę

– Synku, mam taką sprawę, może doradzisz. Chcę na moim blogu napisać, co to jest sen. I nie potrafię.
– Napisz, że sen jest naprawdę.
– Czyli, że co?
– Bo jak mi się śni sen, to on się naprawdę śni. Sny są naprawdę.

Od tamtej rozmowy mija już kilka dni, a ja wciąż nic więcej nie umiem napisać. Po raz kolejny otwieram tekstowy plik i nic. Biel ekranu retina, jednostajne mruganie kursora. Okazuje się, drogi czytelniku, że nie jestem Freudem! Kiedy myślę o snach, nic sensownego mi nie przychodzi do głowy. Po co sny? Po co koszmary, przez które rodzic musi wstawać do dziecka po kilka razy w nocy? Po co te krainy czarów, skoro dziecko nad ranem i tak trafia do łazienki, gdzie ma sprawnie umyć zęby i włożyć gacioszki, bo trzeba szybko wychodzić do przedszkola, a nie opowiadać z przejęciem przygody z pobytu w fazie R.E.M.?

Chyba jedyny rodzaj snów, jaki byłby przydatny na tym świecie, to sny o zabawkach. Wyśnione disneje, wymarzone starłorsy. Sny oznaczone logotypem, sny obrendowane, sny brzmiące jak listy zakupów. Rodzice pytaliby dziecko – Co ci się śniło? – a ono podawałoby konkretną markę, sklep, gdzie można zakupić wyśniony towar, może nawet, gdzie dają promocyjną cenę. I mielibyśmy dziecko szczęśliwe, obdarowane prezentem, o którym przecież śniło. Przynajmniej tak to obiecują reklamy.

Ale kiedy Mikołaj mi mówi, że sny są naprawdę, to przecież nie idzie mu o to, że półki sklepowe z pstro opakowanym towarem. Przecież, gdybym poddał się perswazyjnym technikom majstrów od marketingu i kupił mojemu synkowi to, o czym on śni, musiałaby to być co najmniej kolekcja wszystkich sezonów „Strefy Mroku”, z kompletem „Archiwum X” w bonusie. Bo choć czasem Mikołaj potrafi nad swoim porannym mlekiem zawołać, że dobrze mu się spało, bo miał koszmar o pająkach, które przychodziły i przychodziły i pyta mnie wtedy uprzejmie, czy mi też się śnił jakiś fajny koszmar, to najczęściej o koszmarach nie wspomina, a nawet zapytany, co mu się śniło, niepokojąco, kurczowo milczy.

Chłopiec śpi i widać jego sen w postaci rysunków dziecka
ilustracja: Albina Horbaczewska Studio DOBRAPARA

Za to bywa, że śnią mu się jego rysunki, to znaczy postaci, pojazdy i miejsca z jego rysunków – tak ostatnio się zwierzył. Co dzieje się w takim śnie? Na ten przykład na Zamek Złotpłot (Złoty Płot, stoi w Nowym Jorku) napada Wilk. W zamku mieszkają rycerze i roboty. Wilk ryczy, bo otwarł mu w nocy bramę Diabeł. Oni się budzą i jest alarm, ale wśśś! wśśś! laserami zestrzeliło Wilka Dobre Ufo (ono przyleciało i uratowało). W walce pomagały też Burzowce i Gumowce. Teraz w Zamku roboty mają dziecko i stoi znak „nie niszczyć robotów”. A Spider-Man walczył Excaliburem, bo go wyciągnął z kamienia.

W porządku, tylko co ja mam zrobić z taką opowieścią? Pójdzie do szkoły i nie znajdzie tych faktów ani pod „a”, ani pod „be”, ani pod „ce” w pytaniu z testu. Co będzie z jego odznaką Złotego Pierwszoklasisty, co z jego przyszłością?
Czy moim rodzicielskim zadaniem nie jest nauczenie go prostego nawyku, by zaraz po przebudzeniu spojrzał w okno – albo w dzisiejszych czasach w ekran smartfona – by zapomnieć, co się przyśniło? Moje plemię to nie Indianie Nii-Mii-Puu z Montany, którzy badali predyspozycje swoich dzieci i wyznaczali im miejsce w społeczności na podstawie ich wizji.

Coś jednak nie pozwala mi obejść się z tymi sennymi opowieściami jak napalony misjonarz z posągiem Światowida. Może to przez mapy. Rysunki Mikołaja często przybierają formę map. Z nienazwanymi wyspami, obcymi planetami, drogami skręconymi w labirynty. Mam już pokaźny ich zbiór. Pudełko po zakupach na allegro stało się Atlasem Onirycznej Kartografii.

Przyglądam się tym mapom, wędruję wzrokiem po tajemniczych liniach, szukam podobieństw, pręg południków i równoleżników, które mógłbym ustawić podług własnej igły wewnętrznego kompasu. Wrzucam je do komputera, nakładam wizerunki na siebie. W zgaszonym pokoju lampa skanera przesuwa się po kolejnej karcie. I wtedy widzę, że te wszystkie zarysowane kartki są częścią mapy nieskończonej, bezgranicznej, że możemy dokładać i dokładać rysunki i wciąż będzie miejsce na następne, drogi nie są zaślepione, szlaki nie ograniczone, zawsze gdzieś jakaś jaskinia, rzeka, stworek. Sam też rysowałem tą mapę, mi też wiele się śniło, szczególnie miejsc i miast. Ale teraz, z perspektywy kilku dziesiątek przeżytych już lat mogę dodać, że życie okazało się nie mniej poplątane, pełne przypadków, oszałamiających miejsc i dusznych koszmarów, niż w dzieciństwie śnione historie. Gdy więc mówimy „życie to sen” to czy nie powinniśmy rozumieć przez to, że życie nie jest ulotne, złudne, ma jakby mniejszą wartość, ale że podobne jest do snu w swoim poplątaniu losów, w dziwnych spotkaniach, w codziennych, świątecznych i od wielkiego groma zaskoczeniach – bo jak inaczej, niż w logice snu, mogę wytłumaczyć, że ja, chłopak spod Olkusza, spotkał dziewczynę ze Lwowa w Warszawie i mamy teraz dwójkę dzieci i cały barwny wachlarz znajomych, których w życiu byśmy nie przewidzieli w swoich racjonalnych kalkulacjach. Tak już zupełnie swobodnie i niekonsekwentnie snują się moje rozważania, gdy w końcu leżę w łóżku i jako ostatni z naszej rodzinnej czwórki zapadam w sen.

A następnego dnia o szóstej rano w kuchni mieszka cisza.
Nasze głosy same zniżają się do szeptu, przeplatają jak blade smużki nad moją kawą.
– Cześć.
– Na kolanka.
– Wchodź. Jak się masz?
– Dobrze.
– Co ci się śniło?
– Citroen.
– Jaki kolor?
– Niebieski.
– Jechałeś nim czy…
– Jechałem.
– Była noc czy…
– Dzień.
– Słońce, chmury?
– Słońce.
– Citroen to francuskie auto. Byłeś we Francji?
– W Polsce.
– A to było miasto? Czy pole? Las?
– Las. Jechałem do Nowego Jorku. O, to ta droga!
Pokazuje magnesik na lodówce, na którym widać różową aleję w Szanghaju.
Przytulam mojego małego podróżnika i przez chwilę tak mocno czuję, jak bardzo jesteśmy naprawdę.

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *