Sześcioletni ojciec

sześcioletni ojciec ilustracja okulary a w nich dzieci
Ilustracja Albiny Horbaczewskiej

Dziś nasz syn ma szóste urodziny. Sześć lat temu Albina urodziła Mikołaja. Kiedy patrzę na tą datę, wydaje mi się, że sześć lat to przecież nieduży kawałek czasu. Jednak kiedy zaczynam przypominać sobie, co się w tym czasie wydarzało, zrywa się wicher i zamaszyście przerzuca strony Księgi Życia. Przed oczami przelatuje mi mnóstwo scen, scenek, epizodzików, odcinków specjalnych, cytatów już kultowych, kaskaderskich wyczynów rowerkowych, drabinkowych, zjeżdżalniowych, kartkują się stenogramy z sądowych rozpraw, partytury włoskich oper, historie oparte na motywie zemsty, sceny tłumienia buntów, całych powstań nawet, obrona przed nieustającym najazdem armii plastikowych obrandowanych stworków.

Raz po raz przypomina się dreszcz przerwanego snu, biegu do łóżeczka, sprawdzania temperatury, pieluszki, ząbków, skóry, w szybkiej jeździe kamery uchylają się drzwi do kolejnych gabinetów lekarskich, sypie się confetti naklejek „Dzielnego pacjenta”, klaszczące rączki oznajmiają powrót do zdrowia i znów posępna cisza przed siódmą rano w kolejce do rejestracji przychodni „Dzieci chore”. I tak dalej, i na różną nutę, co chcecie, trailery, thrillery, spoilery, spin-offy, blockbustery, stan-upy, kino drogi, psychologiczne majstersztyki, biblijny patos, fekalia, nostalgia, komedia pomyłek.
Tak, bycie rodzicem to przebywanie pod nieustanym ostrzałem ładunkami emocjonalnymi…

O czym to ja właściwie? Szóste urodziny Mikołaja to nasze rodzinne radosne święto. Po cichu na jego marginesie obchodzę sobie zupełnie niezobowiązująco własną rocznicę – przecież oto sześć lat odkąd jestem tatą. I właśnie zdałem sobie sprawę, jakie spore i nieodwracalne zmiany zaszły w mojej psychofizycznej konstrukcji:
mój wzrok – umiem dostrzec małą czapkę swojego dziecka z odległości kilometra,
słuch – przez sen odbieram najlżejsze westchnienie oddzielone trzema grubymi ścianami.
kondycja fizyczna – bez szmeru skargi, z sumiennością na jaką nie było mnie nigdy stać za bezdzietnych czasów, codzienne podnoszę dziesięć Paulinkowych kochanych kilogramków i dopiekam Mikołajkiem,
wykształcenie – zdecydowanie poszerzyła się i utrwaliła moja wiedza z dziedziny historii, geografii, fizyki, astronomii, oceanologii, geologii, speleologii, et cetera. Jestem też biegły w podstawach prawa cywilnego i karnego, w zagadnieniach ontologii, filozofii ogólnej, religioznawstwie, metafizyce, gnozie, medytuję nad koanami.

Życie duchowe też weszło na wyższy poziom, potrafię opanować się w try-miga – i to bez żadnych ćwiczeń oddechowych. Zdecydowanie wzmocniło to moje funkcjonowanie w strukturach społecznych, na przykład:
– za kółkiem, gdy zmuszony jestem przebywać w towarzystwie miłośników dynamicznej jazdy,
– w urzędach, które ocieplam swym pobłażliwym uśmiechem na widok ich biurokratycznego zamieszania (myślicie, że macie tu bajzel? a widzieliście pokój mojego syna po wizycie kumpli z Bandy Piratów?)
– i nawet na Poczcie Polskiej.

Okazało się też, że rozumiem bardzo niszowe języki. Należą one do szerokiej grupy języków niemowlofijskich. Sam nauczyłem się dwóch – mikołajkowego i paulinkowego. Potrafiłem wyłapać słowa i całe zdania z potoku gugu i gaga, który kiedyś byłby dla mnie nic nie znaczącym bełkocikiem. Niemowlaki mówią bardzo czytelnie – głoską, sylabą, intonacją, gestem.
Co ciekawe znajomość niemowlęcego gaworzenia ostatnio przydała mi się niespodziewanie podczas rozmów na pewnym balu karnawałowym – rozumiałem wypowiedzi nawet najtęższych birbantów.

Niestety, jako rodzic niesłychanie uwrażliwiłem się też na doniesienia z kraju i ze świata. Zawsze sądziłem, że Babilon jest zły i tyle, bawił mnie widok ludzi kłócących się na tematy polityczne. Ale teraz okazało się, ża ja mam dzieci – i moment, moment – prosiłbym o spokój! Co to ma być, te ujadania, wywlekania, prężenie wyrzutni, rzucanie kalumnii, przemieszczanie kolumn? Proszę się ogarnąć – tu są dzieci!

Tak, to nie jest idealny świat. Ale kiedy moje obawy osiągają stan fali która zatopiła S.S. Posejdon, wracam myślą do tego niedzielnego styczniowego poranka sprzed sześciu laty. Albina i właśnie urodzony przez nią Mikołajek zostali przewiezieni na salę. Nie było już nic do dodania w tym temacie. Oddałem do szatni ochronne ubranie, założyłem kurtkę. Drzwi szpitala na Karowej rozsunęły się przede mną i wyszedłem na zewnątrz. Jestem ojcem – pomyślałem. Zawsze będę pamiętać, jak w tamtej chwili nasz świat wydał mi się cichy, spokojny, biały od śniegu. Nieskazitelny.

2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *