Tatator, czyli historia pewnego zamachu stanu

Kto nie dorósł do demokracji, będzie miał dyktaturę! Co to za bajzel! Pokoik w ruinie! Ale ja ci urządzę tu dobrą zmianę! Zapanuje tu Ład i Porządek! Żadnych mi tutaj „ale tatuś”! No już, sprzątać mi tu. Zbieraj te klocki. Do pudełek. Książki na swoje miejsce, na swoj… Albo zostaw. Czerwone do czerwonych, czarne nie do czerwon… Nie! Dosyć! Idź stąd. Sam to posprzątam. Idź pić swoje mleczko i oglądać bajeczki. Idź, wyjdź, wychodź, no już!

Szczęk klamki zamykanych drzwi. Zostaję sam w pokoju. Ale mam wrażenie, że pokój mojego syna nie jest pusty, że wypełniają go moje wojska, jakieś machiny dyszą i tętnią, trzeszczą rozkazy w krótkofalówkach, choć to pewnie tylko moja krew pulsuje szybciej i szumi w uszach.

A przecież jeszcze przed chwilą siedziałem po turecku na dywaniku z Ikei i przysypiałem nad „Pędzącymi żółwiami”. Mam za sobą kilka nocek zleceń i ząbkowań Paulinki, a senność użyła sprawdzonego paralizatora marki „Hypnos”. W efekcie wyglądałem jak grający w karty ranny obrońca Poczty Gdańskiej w ekranizacji „Blaszanego Bębenka”. Mój synek widać zniechęcił się ciągłym cuceniem mnie nad planszą, wkładaniem mi w dłoń wypuszczanych kart i przypominaniem, że teraz moja kolej ruchu żółwikami. Miki znalazł dla siebie atrakcyjniejszą zabawę. Otóż zaczął tańczyć wokół mnie taniec wojenny Achajów. Taniec ten polega na okrążaniu pochrapującego ofiarnego kozła i doskakiwaniu do niego raz po raz, by wywrzeszczeć mu w ucho okrzyk mający wzbudzić litość i trwogę. Ale we mnie te wrzaski wzbudziły tylko Pinocheta.

tata w stroju dyktatora przemawia, a za nim jego synek pokazuje mu palcami "rogi"
ilustracja: Albina Horbaczewska
Studio DOBRAPARA

Zerwałem się na równe nogi z dywaniku z Ikei, zacząłem grzmieć. Zmęczenie pierzchło. Pełna mobilizacja. Koniec pokoju w pokoiku Mikołaja! Wprowadzam stan wojenny, przejmuję pełnię władzy! Od kilku dni narastało tu jakieś niedbalstwo, Mikołaj nie był pilnowany, ale przecież nie na tym to polega, żeby mu o wszystkim przypominać, ma sam myśleć. Ja mu pokażę, jak się robi porządek, a jak on nie potrafi, to niech wygnaniu rozmyśla nad swoim bałaganiarstwem!

Może jestem szaleńcem, ale w tym szaleństwie jest metoda – dokładniej metoda porządkowania klocków Lego według kolorów i rozmiarów. Podczas segregacji rozdrażnienie ustępuje we mnie miejsca wizji nowego, wspaniałego świata. Oto ojciec nakręca swego syna jak szwajcarski zegarek i razem kroczą ku przyszłości przez świat funkcjonujący zgodnie z instrukcjami. I wtedy spod sterty rozsypanych klocków moim oczom ukazuje się jakiś niespodziewany kształt. Pociągam za wystającą antenkę i wydobywam całkiem ciekawy, autorski model pojazdu, jakiego nie znajdziecie w żadnej instrukcji dostarczonej przez producenta. Trzy pary kółek, dwa foteliki, jakieś boczne moduły. To pięciolatek potrafi takie rzeczy? Przegrzebuję stertę klocków. Znajduję następne pojazdy. Nie są specjalnie rozbudowane, ale części do ich stworzenia zostały wykorzystane w zaskakujący sposób, ujawniły nowe możliwości, jakich nie nie przewidział w swych katalogach koncern Lego. Po chwili przyglądam się około dziesięciu rozmaitym pojazdom, które wygrzebałem spośród bezładu klocków i ustawiłem równo na parapecie. A więc to on robi, kiedy siedzi w swoim pokoju i nie sprząta, o tym myśli, kiedy trzeba mu po sto razy powtarzać jedno polecenie.

Zakryłem usta dłonią, coś ścisnęło mnie w gardle. Boże, a ja tak go potraktowałem, jak dureń zniszczyłem cały ten utkany z cichszych i głośniejszych inspiracji układ rzeczy w pokoiku, który jest przecież jego stanem, landem, powiatem czy jak to tam zwać, a w którym my, rodzice, poruszać się powinniśmy na zasadach obustronnego poszanowania praw. A mi do łba strzelił ten dyktator. Krzyczałem do synka jak ten trep z „Hair”, który każe wskakiwać Bergerowi na pakę ciężarówki, mającej go zawieść wprost na samolot desantowy do Wietnamu. I mój synek tak samo jak ten sympatyczny nowojorski hipis chciał coś wytłumaczyć, wyciągał rękę, a ja przerywałem mu w pół słowa. Nie rozumiesz, żołnierzu?!! The rest is silence…

Wychodzę z jego pokoju. Chcę pogratulować mu jego pojaździków, ale śpi już w piżamce na sofie. Widocznie więcej czasu niż myślałem zeszło mi na rządzeniu się w jego rzeczach. Jest mi tak strasznie przykro. Biorę go na ręce i niosąc mojego synka do łóżka obiecuję sobie, że już nigdy nie wyrosną mi pagony ani czapka generalissimusa, nie zrobię z siebie jakiegoś pogiętego dyktatora, czy raczej tatatora. Co za syf nosi człowiek w sobie, że oprócz wielu wspaniałych cech potrafimy tak bezwzględnie narzucić komuś swoją władzę albo rozumieć tyranię u innych? Że tak łatwo można zniszczyć sobie relacje z własnym dzieckiem? Przykrywam go kołderką, przy główce układam ulubionego pluszowego pieska Łałę. Gaszę lampkę.

Gdy wracam do dużego pokoju, spotyka mnie pytające spojrzenie Albiny. Pewnie chce mnie zapytać, co mi odbiło, że wygoniłem dziecko z pokoju i szalałem. Siadam ciężko obok niej i zwierzam się w kilku słowach, że jest mi głupio.
– A Mikołaj był cały czas w dobrym nastroju – odpowiada lekkim głosem Albina.
– Jak to?! – zdziwiony prostuję się na sofie.
– Powiedział, że fajnie się bawiliście w krzyczenie ci do ucha, a potem ty wpadłeś na pomysł, że posprzątasz w jego pokoju i że ma wyjść, bo chcesz sobie sprzątać sam. Wypił więc mleko, wykąpał się, obejrzał „Żwirka i Muchomorka” i zasnął. Podobno obiecałeś mu, że teraz będziesz zawsze sprzątać jego rzeczy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *