Gadu gadu to nie pitu pitu

Mamy z Mikołajem taki zwyczaj, że na spacerze wszystko sobie nazywamy. Idziemy i wypowiadamy na głos nazwy widzianych wokoło przedmiotów, zdarzeń, miejsc. Być może sprawia to ów słynny „gen Adama”, który odpowiada za odruch nadawania imion stworzeniu (nie guglujcie, bo nie znajdziecie, gdyż gen ten nie został jeszcze odkryty). Jednak o wiele bliższym prawdy jest, że to gen po moim dziadku Antonim „Tośku” Spule, który lubił sobie po prostu pogadać.
Bo jak wspaniale jest mówić! Wypowiadać kolejne rzeczowniki, czasowniki, przysłówki czy przyimki, wyplatać z nich wyrażenia, idiomy, kwestie, frazy. Jest tak wiele słów, ich odmian, a w naszym polskim języku to już urodzaj, że zupełnie nie szkoda gadać!
Oczywiście nie zawsze ma się zacny i godziwy do wypowiedzi temat. Co wtedy? Nie chcemy przecież iść obok siebie i milczeć, w oczekiwaniu na jakieś filozoficzne olśnienie, dajmonionowy podszept. Czy zatem stosować się do kultowego przysłowia wykrochmalonych guwernantek „Nie odzywaj się, jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia”? Nie możemy! Nie umiemy! Chwytamy więc, co mamy, opowiadamy sobie, co jest wkoło nas. Że ulica, że chodnik, że w „Kubku w kubku” kawa, a w „Tbilisi” chłodnik. Co się przemienia a co nie zmienia, co się porusza, a co tkwi. Wyliczamy motywy statyczne i motywy dynamiczne świata przedstawionego, w który zostaliśmy wpisani. „Tramwaj!” „Latarnia!” „Kapliczka!” „Plakat!” „Kupa psa! (feee)” „Samolot!” sypią się jak z rozprutego, opasłego słownika.

Tata i synek idą a wkoło nich słowa oznaczające miejski pejzaż.
ilustracja: Albina Horbaczewska
Studio DOBRAPARA

Ostatnio stanęliśmy przed zebrą na czerwonym.
– Czerwone, stoimy! – zawołaliśmy sobie unisono.
Przepłynęło kilka fal aut. A potem zobaczyliśmy zielonego ludzika.
– Zielone! Idziemy!
I wtedy usłyszeliśmy: – Dziękujemy!
Obok przechodziła pod rękę para, oboje w tym wieku, kiedy może już za niedługo, ale jeszcze nie w tej chwili, człowiek zaczyna się powoli starzeć.
– Proszę bardzo! – uśmiechnąłem się do nich.
Odpowiedzieli też uśmiechem, ale tym innym, skierowanym gdzieś przed siebie i co ciekawe, w tej samej chwili oboje mocniej ścisnęli swoje białe laski.
Tak, byli niewidomi i spacerowali sobie, podobnie jak my, tylko zapewne bardziej zwracali uwagę na dzwonienie tramwajów, na ciepło słońca na twarzy, na majowe ochłodzenie się powiewów. A nasza gadanina pomogła im przejść przez przejście dla pieszych, gdyż głośno oznajmiliśmy zapalenie się zielonego sygnału. Warto się odzywać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *