Co marzec ma rzec

W żadnych Foksalach, Kordegardach, Krzysztoforach, Zachętach czy innych Rastrach nie doznałem takiej fangi w metafizyczny nos mojego modelu pojmowania rzeczywistości, co w galerii „Szatnia Starszaków”.

Bo oto jak co dzień spieszę się odstawić syna do przedszkola, brnę przez marcową monotonię, owiewają mnie falstartowe powiewy ciepła, podrażniają ostatnie szczypawki mrozu, oto jak co roku kończy się i nie może skończyć zima, nadchodzi i nie może nadejść wiosna, oczekiwanie na radykalną zmianę przypomina chronometr – ciągutkę marki Salvador Dali, oto nurzam się w smogu reklam znachorskich suplementów, walczę o haust świeżego powietrza ponad falą narracji o kolorowej wodzie skracającej katar o godzinę, oto w połowie żywota na drodze swej wędrówki nie spodziewam się już niczego, gdy WTEM!

Stoję pod ścianą. I okazuje się, że termin bycia postawionym pod ścianą nie jest jednoznaczny. Bo zależy, jaka ta ściana jest. A ja stoję pod ścianą galerii „Szatnia Starszaków”, pod ścianą szczelnie zapełnioną obrazami. Autor terminu „sztuka niszowa” miał może na myśli ten kącik w naszym przedszkolu, zakamarek na lewo od wejścia, w którym starszaki zmagają się z suwakami dla żartu chyba nazywanymi „błyskawicznymi”, a którego każdy kawałek ściany wykorzystany jest pilnie przez pracujące tu kuratorki wystawowe.

Ale co właściwie się dzieje na schowanej w głębi ścianie tej szatniowej Altamiry? Widzę przed sobą świat żywy, pulsujący, o tkankach z rytmów i kolorów, zapełniony przez istoty znane i dopiero czekające na odkrycie, świat podzielony na odrębne karty, a jednak harmonijnie powiązany rozmaitymi relacjami. Tylko, że co te rysunki właściwie przedstawiają?

– Co, co to jest? – pytam syna.

– To? A zgadnij – odpowiada Mikołaj i siada, żeby rozpiąć buty.

– To… wyspy? Magiczne wyspy jak z podróży Guliwera? Bajkowe światy pełne przeróżnych stworów?

– Nie!

– To co?

– Nie widzisz? Przecież to MARCOWE GARNKI!

Gdy wracam przez szare miasto, jest ono już zupełnie inne. W głowie mam gongi jakbym był pustym garnkiem, okładanym drewnianą łychą. „W marcu jak w garncu” – ha! – jakaż siła jest w tym powiedzeniu, jakie ukryte przesłanie o różnorodności i rozmaitości istnienia! Podpowiedź zakodowana przez przodków, a odczytana przez potomków, którą ja pominąłem, owinięty kokonem schematów myślenia i rutyną nieśmiesznych „sorytakimamyklimatów”. Bo ja tu sobie narzekam na pluchy, miazmaty, niedokończenia i wpółrozpoczęcia, gdy tymczasem to właśnie marzec mi ma rzec – że wszystko się w nim miesza, staje i odstaje, napawa, dołuje, startuje, wytraca, odradza. W tym chaosie jest metoda, w nieustannej przejściowości twórczy bakcyl. Świat, co tam świat, Kosmos jest marcowym garnkiem!

Dobrze, że trzasnąłem fotkę z tej wystaw. Dziś była zmiana ekspozycji. Obrazy marcowych garnków powędrowały do swych właścicieli. Już nie ma okazji, żebyście to zobaczyli. Śpieszmy się spotykać ze sztuką, ona też szybko odchodzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *